Kategorie: Wszystkie | cytaty | idea | na marginesie | recenzje i notatki
RSS
sobota, 21 stycznia 2012
Spóźnione podsumowanie

Nie udało mi się zrecenzować wszystkiego, co przeczytałam. Błędem było odkładanie na później. A jeszcze parę nieoczekiwanych, a trochę niefajnych rzeczy się w drugiej połowie roku przyplątało. 

Jednak eksperymentu nie uważam za totalnie nieudany, a i blog pozwoli w razie czego wrócić do zapisków i sobie przypomnieć. 

Tymczasem, policzmy niezrecenzowane:

42. Kir Bułyczow "Agent FK. Świątynia Czarownic" - czy to jakaś prawidłowość, że te powieści wydawane po dwie w jednym tomie są zawsze słabsze? Te były zdecydowanie z tych gorszych. Już po samym opisie na okładce miałam minę jak kot od "co ja paczę?". W pierwszej tłem akcji jest planeta ze społeczeństwem o bardzo zrytualizowanym życiu codziennym i nieznajomość tutejszych praw wpędza przybysza z Ziemi w kłopoty. Coś podobnego, tylko moim zdaniem lepiej, zrobił Jacek Piekara w opowiadaniu, którego tytułu w tej chwili nie pamiętam. W drugiej powieści to, co zostaje wyjaśnione na końcu, jest sprytnym pomysłem, ale przez całą powieść przed tym wyjaśnieniem zżymałam się, że totalna bzdura. 

43. Michaił Bułhakow "Fatalne jaja" - trzy króciutkie fantastycznonaukowe groteski. Wyszperałam wśród "wędrujących książek". Ciekawe, że radziecka biurokracja była tak doskonałym polem do popisu dla wszelkiego rodzaju mrocznych i nieczystych sił. 

44. Haruki Murakami "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" - obszerny zbiór opowiadań. Niektóre w stylu Etgara Kereta, krótkie i absurdalne, a przy tym zachwycające niebanalnością. Inne to poboczne historie z powieści tegoż autora lub coś jakby alternatywne wersje ich początków - na przykład po identycznym akapicie, jak w powieści, rozwija się zupełnie inna historia albo to samo zdarzenie przydarza się innym bohaterom. Tak jakby czytelnik podpatrywał warsztat pisarski. Dla wielbicieli zakulisowych dodatków oraz krótkich form. 

45. Antologia "Kroki w nieznane 2008"  - wyjątkowo opasłe i ciężkie tomiszcze, podczytywane po trochu w międzyczasie. Parę opowiadań mogę uznać za prawie ulubione, ale są też takie, których nawet nie zapamiętałam. Nie żeby złe, ale po prostu nie mój gust. Lubię antologie, bo dają rozeznanie, co się w ogóle w danej gałęzi literatury na bieżąco dzieje. Ta na przykład uzmysłowiła mi, że wolę fantastykę choćby rosyjską od amerykańskiej i że jeśli już tzw. hard science fiction to musi być naprawdę pomysłowe i oryginalne, a przy tym wiarygodne - lub choćby nie pozwalające tak łatwo wykazać niewiarygodności. 

46. Jeanette Winteson "Podtrzymywanie światła" - celowo nie napisałam recenzji niespełna rok temu, żeby do tej książki jeszcze wrócić. Nie udało się dotąd, ale zrobię to na pewno. 

47. Jose Saramago "Miasto ślepców" - też chciałam napisać mądrą i dogłębną recenzję, ale nie miałam kiedy. Może razem z "Miastem białych kart". 

48. Naomi Klein "No logo" - biblia alterglobalistów, wiadomo. Jeśli w ogóle mam w sobie cokolwiek z alterglobalistki, to w stopniu mocno umiarkowanym, ale poszerzać horyzonty w takich kwestiach zawsze można. Bunt przeciwko korporacjom - wiadomo. Mnie jednak w tej książce uderzyło coś jeszcze - Boziu, jakim my jesteśmy biednym, zacofanym krajem, skoro niektóre rzeczy, jakie autorka zaobserwowała za oceanem w latach 80-tych, u nas dopiero teraz się zaczynają. Czy więc nas te wszystkie brandingowe sprawy ominą, bo już dociera innymi kanałami świadomość społeczna, czy po prostu przeżyjemy wszystko po kolei, tyle że z opóźnieniem?

49-61: 12 tomów mangi po tytułem "Death Note". Czemu nie miałabym policzyć jako książki? Dużo tekstów przy obrazkach jest ;) Zresztą, bardzo fajna. Tylko zakończenie... no cóż, rozczarowujące, ale mam wrażenie, że w ogóle do tej historii nie da się zrobić zakończenia, które byłoby w sensie literackim i moralnym dobre. Z pewnością chętnie sięgnę jeszcze po autorów historii i rysunków, kiedy trafi mi się okazja. 

62: oraz jednotomowa manga pod tytułem "Uzumaki". Nie będę więcej czytać horrorów w środku nocy przy odsłoniętym oknie. Potem człowiek różne dziwne rzeczy widzi dokoła. 

Niedokończony został "Doktor Faustus" Tomasza Manna - z powodu objętości, natłoku zajęć i nastroju, aczkolwiek wcale tej książki nie skreśliłam, tylko czekam na spokojniejszy czas. 

Zmiana ostatniej cyferki w zapisie daty zastała mnie w trakcie czytania "Agenta Dołu" Marcina Wolskiego. Ciekawe, bo zazwyczaj jeśli zło jest głównym bohaterem, to jest ono zdecydowane, pewne siebie, ambitne i bardzo seksowne, a tutaj bohater reprezentujący moce piekielne to nijaki i małostkowy konformista. 

Cóż, można powiedzieć, że prawie się udało zrealizować plan. Ktoś uważa inaczej?

sobota, 31 grudnia 2011
[41/2011] Kir Bułyczow "Tajemnica Orułganu"

Po postkapokalipsie i przygodzie trzecia książka Bułyczowa, którą przeczytałam, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Niesztampowym pomysłem na fabułę i nieco głębszym rysem charakterologicznym. 

Tym razem akcja dzieje się w 1913 roku. Bohaterowie więc i ich otoczenie mają więc klimat "retro" i pobudzają wyobraźnię do produkowania obrazów. Zwłaszcza przez mniej więcej pierwszą połowę książka przypomina Verne'a albo Wellesa. Zresztą, sporo nawiązań do tych nazwisk w rozmowach bohaterów. 

Inspiracją dla autora musiała być - tak mi się wydaje - katastrofa tunguska. To, że nie znaleziono śladu meteoru, ani niczego innego i nie potwierdzono żadnej hipotezy, sprawiło, że nawet najbardziej nieprawdopodobne wymysły mogą wywołać chwilę zastanowienia - a może tak. Akcja dzieje się w nieco innym miejscu i parę lat zanim pierwsza ekspedycja dotarła w miejsce tej prawdziwej katastrofy, jednak oglądając o niej akurat zupełnie przypadkiem film dokumentalny, zauważyłam mnóstwo podobieństw. 

Meteoryt, który upadając zniszczył fragment tajgi, a zanim to nastąpiło, według relacji świadków zachowywał się nietypowo, zmieniając kurs, chce znaleźć profesor Muller. Wraz z nim w syberyjskim miasteczku z pokładu statku schodzi młoda angielka Weronika Smith. Ma nadzieję znaleźć zaginionego ojca, którego statek zatonął gdzieś w obrębie koła podbiegunowego. Towarzyszy jej Douglas Robertson - niesympatyczny typ, oficjalnie podający się za jej narzeczonego, lekkoduch, utracjusz, przy okazji korespondent jednej z gazet i od pierwszych stron kompletny dupek, powiedzmy wprost, którego dziewczyna musi znosić, bo zdołał namówić kogoś na sfinansowanie wyprawy. Robertsonowi towarzyszy służący Chińczyk, który okazuje się nie być tym, kim się wydaje. 

Miasteczkiem rządzi Kołokołow, którego właściwie można uznać za właściciela wszystkiego i wszystkich tutaj, który ufundował miasto, by móc zostać jego honorowym obywatelem. Ponieważ przypada mu do gustu Weronika, postanawia przez część drogi towarzyszyć wyprawie, pod pretekstem załatwiania swoich interesów kawałek dalej. Z kolei na poszukiwanie meteorytu z ekipą profesora wysyła z kolei swojego syna, niegłupiego, ale nieco gapowatego i niezaradnego, by oddzielić go zarówno od Angielki, jak i zakochanej w nim córki zesłańca, niepokornej idealistki i rewolucjonistki Ninoczki. 

Zdradzę sporo z fabuły - otóż kapitan Smith znajduje się, umierający, nieoczekiwanie po drodze, czarny charakter okazuje się jedynie marionetką w rękach charakteru czarniejszego, a ścigając go, by odzyskać skradziony testament kapitana, świta panny Smith dociera do ekspedycji szukającej meteorytu. Który, jak się okazuje, nie jest ani ze złota, ani z żelaza, ani nie przechowuje śladów prymitywnych form życia z kosmosu - okazuje się w rzeczywistości statkiem kosmicznym. 

Wedle podróżującego statkiem człowieka, którego Rosjanom i Anglikom udaje się wybudzić z hibernacji, Ziemia roku 1913 jest planetą bardzo prymitywną. Przed członkami wyprawy roztacza wyliczone przez komputer prognozy kolejnych wojen, które ostatecznie doprowadzą do końca ludzkości na tym globie, zanim wejdzie w erę kosmiczną. Za to wysoko rozwinięta cywilizacja, której przedstawiciel utknął tu czasowo w wyniku katastrofy, wydaje się, muszę powiedzieć, znów mdła i nudna z tym całym niby pięknym humanizmem. Bo jak to? Uderzony bo kogoś zirytował kosmonauta jest zaskoczony bólem, którego nigdy nie czuł. Sterylna cywilizacja, w której chłopcy nie biją się na podwórkach wydaje mi się pozbawiona autentycznych uczuć i emocji. A bez nich humanizm i humanitaryzm to tylko puste umowy społeczne zawarte dla wygody. Zresztą, członkowie ekspedycji też uznają kosmicznego gościa za egoistę. 

W kulminacyjnym punkcie akcji kolejno niemal każdy z przybyłych na miejsce katastrofy - Robertson, profesor Muller, Ninoczka, fałszywy Chińczyk, dawny student profesora - prosi, błaga albo zastrasza przybysza, by ten oddał im jedno z urządzeń ze statku, dla nich cudowne i niewyjaśnione. Każdym z nich kierują inne pobudki, każdy ma inny pomysł na wykorzystanie urządzenia. Ostatecznie, nikt go nie dostaje, a próba grabieży nie kończy się powodzeniem. Właściwie wszyscy przegrywają. Być może nawet przybysz, co do którego nie wiadomo, czy w drodze powrotnej nie umarł przez ziemskie bakterie i wirusy. 

Mocną stroną książki, jak już wspomniałam, są charaktery postaci. Różnorodne i lepiej lub nieco gorzej, ale dość wyraziście zarysowane. Do tego pojawiająca się iście szpiegowska intryga przewraca do góry nogami obraz tego, kto wydawał się bohaterem najbardziej negatywnym. I w tym momencie, i wcześniej w miasteczku, można też dostrzec szkic stosunków społecznych, manipulacji i władzy pozostającej w cieniu.

A i tak najbardziej lubię Ninoczkę. Za autentyczność i bezpretensjonalność. To ten sam typ postaci, co dziewczynki, które wolą uczyć się szermierki i jazdy konnej, zamiast wyszywania i gry na pianinie. 

 

poniedziałek, 26 grudnia 2011
[40/2011] Kir Bułyczow "Przełęcz. Osada"

Dwie mikropowieści w jednym tomie. Przynajmniej w najnowszym polskim wydaniu akurat występują razem. Z byle jaką korektą i literówkami. 

Ogólnie o Bułyczowie pisałam na początku poprzedniej notki, więc tym razem krótko. Akcje obydwu opowieści dzieją się w odstępie kilku lat na planecie, gdzie pomimo niebezpieczeństw przetrwała garstka ludzi z rozbitego statku kosmicznego. Młodzież, która dotarła tam w kołysce (że na statku rodzą się dzieci - w którymś miejscu autor wyjaśnił, że ekspedycje składa się albo z przedstawicieli jednej płci albo z małżeństw, żeby uniknąć napięć i problemów) albo urodziła się już na miejscu, nie pamięta innego życia i całkiem nieźle sobie radzi w pełnym przemieszczających się roślin i plujących różnymi świństwami zwierząt lesie. Za to biorąc udział w wyprawie na rozbity statek, po potrzebne rzeczy, nastolatkowie nie do końca wierzą, że jest prawdziwy, dopóki go nie zobaczą. Wyprawa, zajmująca znaczną część "Przełęczy" do łatwych nie należy, okupiona zostaje ofiarami, łatwo stracić nadzieję. 

Pewnie już wspomniałam, że nie przepadam za fantastyką w jej klasycznych twardych odmianach. Przygodową science-fiction traktuję więc jako względnie bezwysiłkowy wypełniacz czasu. I tę rolę spełniła doskonale. Napisane przyzwoicie, wciągające. 

Ogromny plus za zakończenie drugiej części - w której jednocześnie rozbitkowie szykuję się do naprawienia łączności na statku i w pobliżu pojawia się przypadkowo ekspedycja badawcza - za to, że trzyma w napięciu i niepewności dokładnie do ostatniej strony. 

[39/2011] Kir Bułyczow "Miasto na górze"

Sporo książek tegoż autora znalazło się u mnie czasowo - dostałam zadanie kupić i przesłać dalej. Oczywiście, nie mogłabym odmówić sobie przeczytania najpierw. Starałam się zacząć względnie chronologicznie, ale w końcu i tak się w tym pewnie pogubię. 

Przynajmniej w science-fiction klasycznej i pisanej całkiem serio (nie na serio był cykl guslarski) mam wrażenie, że książki Bułyczowa radzą sobie z upływem czasu lepiej niż Strugackich jeśli chodzi o prowadzenie narracji, jakieś takie są bardziej dynamiczne, ale znacznie gorzej, jeśli chodzi o treść. Tam było trochę filozofowania, głębokie przemyślenia i abstrakcyjne problemy. Bułyczow z lat 80-tych trąci naiwnym dydaktyzmem, że zimna wojna jest be, a przyszłością cywilizacji pacyfizm, humanizm i rozwój naukowy, aż mdły i cukierkowy.

Na początku "Miasta na górze" miałam wrażenie, że właśnie ta wizja podziemnego świata mocno zainteresowała Głuchowskiego (Cóż, nie napisałam tak, jak na okładce, bo wolę polskie, niż anglojęzyczne transkrypcje). To wrażenie, nie wiem, czy słuszne, minęło w miarę rozwoju akcji. 

W opisanym świecie życie przeniosło się pod ziemię. Na powierzchni nie da się mieszkać. Prawdopodobnie zniszczyła ją wojna atomowa. Chociaż tego parę pokoleń wstecz nikt już nie pamięta. Nikt nie wierzy już naprawdę, że świat mógł wyglądać inaczej niż ten, który wszyscy znają, a w legendach o Mieście na Górze nie mówi się już nawet o bezkresnym niebie, które byłoby niezrozumiałą atrakcją, ale o błękitnych stropach nad głową, które są tam wysokie, że nie sposób ich dosięgnąć. Każdy, kto ma trochę ogólnego rozeznania i w historii, i w literaturze, domyśli się, że obca planeta jest naprawdę alegorią Ziemi, nad którą wisi groźba nuklearnej zagłady. 

W świecie pod powierzchnią, gdzie mieszczą się całe ulice i budynki (ktoś bardzo przewidujący wybudował je wcześniej), bardzo silnie zhierarchizowanym społeczeństwem rządzi z samej góry - w przenośni i dosłownie w przestrzeni - tajemnicza Rada Dyrektorów - trochę groteskowa i trochę mistyczna. Stopniowo upada wiedza i kultura, przestają działać urządzenia pozostawione przez przodków, rodzi się coraz mniej dzieci, ludzie prawie biją się o kawałek mydła. Dosyć typowa postapokaliptyczna wizja. 

I znów podobnie jak kilkadziesiąt lat później w "Metrze 2033" mamy archetypiczną podróż bohatera - wywodzącego się z najniższej kasty, który odkrywa tajemnicę i ratuje ludzkość. aha, i jeszcze się zakochuje. Nieco naiwnym rozwiązaniem wydaje mi się, że niedobitni cywilizacji tak naprawdę ratują archeolodzy, którzy przylecieli z Ziemi badać wymarłą, jak myśleli planetę. Gdyby ktoś pisał tę książkę dzisiaj, raczej zostawiłby mgliste światełko w tunelu albo w ogóle zakończenie otwarte. 

Nie jest to książka dzisiaj w żaden sposób odkrywcza, może nawet znudzić. Ale wciąga poprowadzeniem akcji i parę fragmentów można uznać za, powiedziałabym, epickich. Aż dziwne, że nikt nie zrobił ekranizacji. Bo choćby scena zalewania wodą podziemnego miasta i ewakuacji ludzi wydaje się do tego stworzona. 

sobota, 24 grudnia 2011
[38/2011] Umberto Eco "O bibliotece"

Niewielką książeczkę znalazłam w dworcowej taniej księgarni. Nigdy nie pozbyłam się i chyba nie pozbędę nawyku kupowania na drogę do czytania czegokolwiek, co jest tanie i nie jest romansem, a akurat wpadnie w ręce. Esej Eco wystarczył na ledwie połowę godzinnej drogi. Gdybym zapłaciła pełną cenę, byłabym z tego powodu rozczarowana. Za cenę jednego piwa w tańszej knajpie można jakoś przeżyć fakt, że przez pół godziny pozostaje gapienie się na szare pola i wioski, bo śmiejące się ze wszystkiego nastolatki naprzeciwko nie pozwalają skupić się na poważniejszych myślach. 

Poza rozczarowaniem, ze to już koniec, książeczka zostawia wrażenia jak najbardziej pozytywne. Na niespełna pięćdziesięciu stronach, zamkniętych między sztywnymi okładkami, znajdziemy prawie wszystko, co da się o bibliotece powiedzieć i pomyśleć. 

Zaczyna się więc obszernym cytatem z Borgesa, przedstawiającym Bibliotekę - model Wszechświata. Zatapiam się w surrealistycznym obrazie, z jednej strony nie do końca potrafiąc sobie wyobrazić kształt pomieszczeń, z drugiej, wyraźnie widząc bezkres i prawie czując zapach starych, zakurzonych, ale suchych i dobrze zachowanych manuskryptów. Jednocześnie kołacze mi się po głowie myśl, że w Raju musi być ogród i biblioteka - i niczego więcej do szczęścia nie potrzeba.

Po tym wstępie, zastanawiając się, czy da się w podobny sposób zorganizować rzeczywistą bibliotekę i jak wyglądałby jej katalog, Eco przechodzi już do bibliotek rzeczywistych. O
pisuje swoje ulubione w Yale i Toronto oraz, pewnie dlatego ogólnie i bez nazw, że takich jest więcej, biblioteki nieprzyjazne i źle zorganizowane. I chociaż opisany w dziewiętnastu punktach wzorzec złej biblioteki opiera się na doświadczeniach z placówek włoskich, to niemałą część znaleźć można i u nas. Sama raczej nie czuję się w bibliotekach komfortowo, wolę kupować własne książki. Po tych "dobrych" bibliotekach autor oprowadza czytelnika, szczegółowo opisując topografię pomieszczeń i panujące zwyczaje. Dowiadujemy się na przykład, że z tych bibliotek, z których najłatwiej ukraść książkę, jednocześnie ludzie najchętniej je wypożyczają i to samo dotyczy księgarni. (Czy rozglądając się po półkach i czując na sobie czujny wzrok sprzedawcy, wrogiego niczym Cerber, albo od progu atakowani pytaniami, co podać, nie rezygnujecie, wychodząc z nieskładnymi podziękowaniami?) Na koniec autor przypomina, komu i w jaki sposób powinna służyć biblioteka według UNESCO. Mówiąc o - trochę to smutne - przeobrażaniu w rzeczywistość utopii. 

Cóż, możnaby powiedzieć, że nie ma w tym eseju nic szczególnie odkrywczego. Za to książeczka budzi sympatię, bo wywołuje pewną solidarność z autorem. I aż chciałoby się ją polecić osobom, które zarządzają bibliotekami lub w nich pracują. 

 

P.S. Nie mam manii zdrabniania, słowa "książeczka" używam tutaj ze względu na objętość. I żeby wyrazić uczucie sympatii, jakie we mnie budzi w taki sposób, że każe się właśnie książeczką nazywać. 

czwartek, 01 grudnia 2011
[37/2011] Yann Martel "Beatrycze i Wergili"

Dzięki tej książce poznałam nowe słowo: taksydermista. 

Główny bohater, Henry jest autorem dwóch bestsellerów. Tym razem postanawia zabrać się za temat naprawdę poważny i napisać książkę o Holokauście. Ma nowatorski pomysł - dwie książki w jednej, tak, że z każdej strony okładki zaczyna się zupełnie inna, obydwie zbiegają się w środku. Ten pomysł edytorski, jak i treść, okazują się klapą, trafiając na całkowity brak zrozumienia ze strony wydawców. Po tym niepowodzeniu Henry ma dość pisania. Postanawia zacząć żyć trochę inaczej. 

Wtedy właśnie otrzymuje przesyłkę od swojego imiennika i fana - kilka stron tekstu dość dziwnej sztuki. Zaintrygowany, postanawia odwiedzić drugiego Henry'ego - który, jak się okazuje, mieszka w tym samym mieście. Tak trafia do pracowni wypychacza zwierząt. Miejsca tyleż przyprawiającego o dreszcze, co fascynującego. Zaczynają regularnie się spotykać. Rozmawiają o sztuce, którą napisał taksydermista. To dziwne, postmodernistyczne dzieło, mówiące alegorycznie o Holokauście ustami wyjca rudego i oślicy, obdarzonych Dantejskimi imionami wielkiej i czystej miłości oraz przewodnika po Piekle, żyjących na wielkiej pasiastej koszuli. Rozmawiają też o sztuce wypychania zwierząt i innych jeszcze sprawach. Taksydermista Henry, demoniczny i antypatyczny z samej już swojej fizjonomii, jednocześnie przyciąga i fascynuje Henry'ego pisarza, zajmuje swoją osobą coraz więcej miejsca w jego głowie i w życiu. Okazuje się też, że jego biografia kryje niewyobrażalnie mroczne sekrety. 

Lubię Martela. Lubię za wspaniałe refleksje i retrospekcje. Lubię za to, że nieustannie zaskakuje. Za mieszanie różnych porządków i płaszczyzn, za to, jak u niego przeplatają się fakty i zmyślenia, realizm z fantazją. Za to, że pozwala, jak w "Życiu Pi", wybrać, czy chcę uwierzyć w wersję realistyczną, czy baśniową. I że w ogóle zostawia dość duże pole wyboru i interpretacji czytelnikowi. Lubię za lekkość stylu. I za to, jak pisze o zmysłowości i seksie - dosłownie i delikatnie, bez eufemizmów, ale i bez pokazywania fizjologii brzydko i brutalnie, jako coś zupełnie zwyczajnego, albo też jedną z wielu niezwykłych rzeczy, jakie się ludziom przydarzają. 

Ogólnie lubię. Ale z ta książką, która na recenzję czeka już prawie od nieskończoności, mam trochę problem. Owszem, parę rzeczy mnie zafascynowało. Znów styl, który sprawia wrażenie lekkości, nawet jeśli autor nad każdym zdaniem pracował tygodniami. Choć jednocześnie opowieść jest nieco ciężka i przytłaczająca. To, że postaci ze sztuki zostały zainspirowane wypchanymi okazami zwierząt. Lubię czytać, skąd się biorą pisarskie fascynacje. Ktoś spojrzy na coś, kogoś i już w głowie pojawia się historia, która wymaga zapisania. Za to ogólnego zamysłu tej powieści jakoś "nie łapię". Nie potrafię wydobyć z tego jasnego przesłania. A zakładam, że kiedy ktoś pisze o czymś takim jak Holokaust, to nie dla zabawy formą, a chce się z ludzkością czymś ważnym podzielić. W postaci Henry'ego - pisarza pojawia się parę rzeczy, przypominających życiorys samego autora. Znacznie mniej niż w "Ja", jednak dają się zauważyć. Może więc Martel sam chciał napisać inaczej, ale nie spodobało się wydawcom? A może to historia zainspirowana jakąś rzeczywistą postacią, którą spotkał, może potajemny hołd dla kogoś? I tak zdecydowanie wolę Martela w lżejszej tematyce.  

wtorek, 29 listopada 2011
[36/2011] Gabriel Garcia Marquez "Zła godzina"

[Dopadła mnie prokrastynacja. Takie ładne słowo kiedyś jakiś internauta wynalazł i się rozpowszechniło. Prościej mówiąc, odkładanie na później. Po cichu liczę, że na to będą kiedyś dawać specjalne zaświadczenia, jak na dysleksję, dysgrafię i ADHD. Bo gdyby nie prokrastynacja, to może teraz mówiłabym biegle po rosyjsku i pisała doktorat z jakichś nauk społecznych.]

Marqueza dwie inne książki kupiłam mniej więcej rok temu, w jakiejś promocji za 50% ceny. I cały czas czekają. "Złą godzinę" znalazłam na półce w antykwariacie, do którego weszłam skuszona czym innym na wystawie. A teraz pasowała mi objętość książki, by wypełnić czas pomiędzy. 

Oczywiście, mogłabym w rozmowie z nie znającymi twórczości pisarza zgrywać ekspertkę. W końcu przebrnięciem przez "Jesień patriarchy" i czerpaniem z jej niełatwej formy czytelniczej satysfakcji nie każdy może się pochwalić. Ale faktem jest, że chociaż coś nieuchwytnego bardzo mnie w powieściach Marqueza pociąga, żadną specjalistką nie jestem. Nawet "Samotności w sieci" - jednej z tych książek, co do których mam pewność, że muszę do nich wrócić co kilka, kilkanaście lat - nie poddawałam dogłębnym analizom. Po prostu lubię. Za klimat. I tyle.

"Zła godzina" toczy się w świecie przedstawionym będącym na drugim biegunie, niż Macondo. W bezimiennym mieście z tej powieści nie dzieje się absolutnie nic magicznego. Szczerze mówiąc, kiedy pojawiły się nawiązania do Macondo, gdzieś któryś z bohaterów wymienił nazwę - troszkę miałam nadzieję na choć odrobinę magicznego realizmu. Niestety. Ani jedno zdanie. 

Bezimienna osada, przez krytyków zajmujących się pisarstwem Marqueza zwana el pueblo (jak wyczytałam w posłowiu), to zbitek i kwintesencja miasteczek Ameryki Południowej. Jest tu wszystko, co przewija się przez dzieje kontynentu w czasach, kiedy autor pisał. Ale ponieważ nie ma konkretnego umiejscowienia, tło polityczno-społeczne pozostaje trochę zamglone. Wiadomo, że gdzieś tam jakiś dyktator, jakieś przejęcia władzy, jakieś prześladowania. Ale wszystko zupełnie niekonkretne. 

Konkretne są za to wydarzenia, wokół których toczy się akcja. Zaczyna się, kiedy w miasteczku, pod osłoną nocy, ktoś zaczyna rozwieszać paszkwile. Rano mieszkańcy znajdują na drzwiach kartki z odręcznym pismem, głoszącą, że ktoś z kimś się ukradkiem spotyka, ktoś nie jest czyimś dzieckiem, ktoś wyjeżdża w celach innych, niż przekonuje żonę, gdzieś coś się dzieje za zasłoniętymi firankami. Nie wszyscy znoszą to cierpliwie. Niektórzy paszkwilom wierzą, biorą więc pewne sprawy w swoje ręce. Zapowiada się trochę na historię kryminalną. Im dłużej trwa sytuacja w miasteczku, tym mniej pewności. Czy to jednak osoba rozwiesza paszkwile - jeśli tak, to po co - czy w końcu wszystkich ogarnia zbiorowa mania? Kolejne tropy nie prowadzą do rozwiązania, próby przechytrzenia sprawców zawodzą, kto może, planuje zniknąć z miasta, w powietrzu wiszą coraz to nowe dramaty. 

"Zła godzina" okazuje się jednak od klasycznej historii kryminalnej daleka. Akcja rozwija się jakoś niesamowicie leniwie i chyba nikomu nie zależy na rozwiązaniu zagadki. Przedstawiciele władzy nie widzą w sprawie zagrożenia, ksiądz nie chce się mieszać. Nie mniej miejsca w powieści zajmują rzeczy bardziej pospolite. Alkada przez pół książki boli ząb, biedni przenoszą swoje domy z obawy przed powodzią, a w salonie fryzjerskim wisi napis, że tu nie rozmawia się o polityce. Wszystko jest w miasteczku, powiedziałabym: płynne, ale w sensie ciągłej niestałości. Płynie jak naturalny nurt dużej rzeki. Bardzo leniwie. Dzieje się, co się musi dziać i nic więcej. 

A zagadka, kto i po co rozwieszał paszkwile, na końcu nie zostaje rozwiązana. Przez co cała historia staje się gawędziarskim strumieniem świadomości, urwanym niemalże przypadkowo.

Nie sposób nie zwrócić uwagi, że nie ma tu właściwie głównego bohatera. Z kilku postaci, których wątki, punkty widzenia przeplatają się, żadna nie jest ważniejsza dla poprowadzenia fabuły. Choć oczywiście można z jednymi bardziej się identyfikować, innych szczerze nie znosić. Nie, właściwie wydaje mi się, że o takie proste podziały też niełatwo. Nie ma nawet bohaterów dobrych i złych. Te dwie strony są w każdym wymieszane, tak, że nie da się ocenić jednoznacznie całości, na którą taka mieszanka się składa. Wszystko razem tworzy portret miasteczka. Anonimowego, abstrakcyjnego, ale na pewno bardzo typowego. 

Nie wiem, czy ten w zasadzie brak pierwszoplanowego bohatera i jasno rozwiniętej i zakończonej akcji, to całe "płynięcie z prądem" ulokowane "wszędzie i nigdzie", ma pokazać słabość ludzkiej kondycji, czy wręcz przeciwnie, być hymnem na cześć trwania zwykłego, codziennego życia, obojętnego na powodzie i dekrety dyktatorów. Chyba bardziej widzę w tym jednak jakąś afirmację. Ukryty przekaz, by się odprężyć i robić swoje. 

sobota, 29 października 2011
[35/2011] Jose Saramago "Baltazar i Blimunda"

Bowiem wszy miewają nawet zakochani i konstruktorzy statków powietrznych. 

Książka przypadła mi do gustu już od pierwszej strony. Wiedziałam nawet, że mi się spodoba, jeszcze zanim wzięłam ją do ręki. To zdanie było jednak momentem, w którym uświadomiłam sobie, że wprost ją uwielbiam i jest dokładnie tym, czego potrzebuję, i na co czekam. 

Siedemnastowieczne i wcześniejsze eposy jakoś o wszach milczą, chociaż na pewno ich nie brakowało. Traktują za to zwykle o dzielnych rycerzach i damach wysokich rodów. Co po przeczytaniu Saramago wydaje się trochę nieporozumieniem. Nie mam tak naprawdę pojęcia o siedemnastowiecznym świecie, polegając się na zapisach autentycznych i fantazjach, mogę jedynie przychylić się ku uznaniu takiej, czy innej wersji za prawdziwszą. I bardziej przekonuje mnie Saramago. U niego sfery wyższe nie są ani trochę materiałem na romantyczne historie, które by miały poruszać następne pokolenia. Królewskie małżeństwa to tylko i wyłącznie polityka i biznes, młodych narzeczonych wymienia się na granicy niczym jeńców, a w jednym łożu panująca para czasu spędza nie więcej, niż trzeba na spłodzenie potomka. Najlepiej większą liczbę potomków, by królewiątkami, które dożyją lat kilkunastu, wymienić się z sąsiednim królestwem. Groteskowy wręcz jest opis sypialnianych rytuałów, kiedy to królowi w drodze do sypialni królowej towarzyszą służący, rozbierający go przed właściwym aktem i czekający, aż skończy, by znów ubrać i zaprowadzić do królewskiej komnaty. 

Z dala od pałaców toczy się jednak życie prawdziwe - historia Baltazara i Blimundy. On - bez lewej dłoni, którą stracił na wojnie. Ona - córka czarownicy spalonej na stosie. Jedno spojrzenie w tłumie i już wiedzą, że są sobie przeznaczeni. Jednocześnie wszystko odbywa się prosto, zwyczajnie. Nie biorą ślubu, a jednak stają się małżeństwem. Miłość w powieści Saramago to nie tylko erotyka i piękne słowa. To przede wszystkim wspólna codzienność. I nawet wzajemnie iskanie z wszy jest zupełnie oczywiste, naturalne i jako część wszystkiego, co dzieje się między nimi, w jakiś sposób piękne - bo jest po prostu prawdziwe. Baltazar i Blimunda nie pasują do świata, w którym osadził ich autor. Są raczej współcześni dzisiejszemu czytelnikowi, w tym, jak żyją i co robią. 

Historia życia dwójki zakochanych nie byłaby jednak tak oczarowująca, gdyby była prozaicznie zwyczajnie. Bowiem choć matka Blimundy nie była prawdziwą czarownicą, w żadnym negatywnym znaczeniu, to jednak dziewczyna ma niezwykły dar. Właściwie będący bardziej przekleństwem, kiedy żyje się między ludźmi. Bo kto by chciał tak naprawdę widzieć, co inni mają w środku? I to nie w głowie, umyśle, ale na przykład ukochanego płuca i śledzionę. Niezbyt wygodny nadprzyrodzony talent działa jednak tylko, kiedy Blimunda jest na czczo. Tajemnicą, którą ukrywa przed większością ludzi jest więc to, że rano zawsze zjada chleb, nim otworzy oczy. Dar jednak okazuje się potrzebny, gdy oboje spotykają księdza Bartłomieja Wawrzyńca - który w czasie, kiedy szaleje Inkwizycja, snuje ryzykowne plany o budowie latającej maszyny. Tu właśnie ujawnia się z całą siłą realizm magiczny, który wcześniej pozostawał gdzieś w domyśle, pod skórą. Czym można napędzić statek powietrzny, tak śmiały wynalazek umysłu z domieszką marzeń, jeśli nie właśnie ludzką wolą. Dostrzec ją może tylko Blimunda. Zebrać do szklanego naczynia, by później przelać do systemu sterowania statku, może jednak tylko taką, która właśnie z człowieka ulatuje. A ponieważ w okolicach Lizbony szaleje epidemia, ludzi tracących wolę nie brakuje. 

Romantyczna i fantastyczna historia Baltazara i Blimundy oraz księdza-konstruktora wpisana jest w historię większą. Będącą więcej, niż tłem, bowiem na budowie klasztoru w Mafrze - który król Jan V przysiągł ufundować, jeśli Bóg ześle mu dziecko - pracuje, przenosząc ogromne kamienie na miejsce budowy, sam Baltazar, jak i jego rodzina. Trwająca czterdzieści lat budowa ma przynieść dość wymierne korzyści franciszkanom, a królowi splendor. Kosztem krwi, potu, kalectwa i śmierci ogromnej rzeszy zagonionych do pracy mieszkańców Portugalii. Pewnie wielu z nas nie do końca potrafiło sobie wyobrazić, jak setki lat temu powstawały budowle, gdzie dzisiaj jeżdżą wycieczki. Po przeczytaniu "Baltazara i Blimundy", gdzie ta wielka historia opowiedziana jest przez dzieje pojedynczych uczestników, trudno nie spojrzeć na katedry i pałace inaczej. Każdy kamień staje się teraz obciążony tragediami i historią, nosi na sobie niewidzialne odciski pokrwawionych rąk. 

Historia wielka - królewskich kaprysów i politycznych targów - oraz mała - życia, pracy, uczuć, relacji, niedoli - przeplatają się w wielu miejscach. Chociażby, w tym samym czasie, co kilkuletni następca tronu, umiera siostrzeniec Baltazara - widać, jak bardzo różniły się ich światy, i jak diametralnie różni się nawet pochówek. Właśnie tego rodzaju analogie utwierdzają czytelnika w przekonaniu, co tutaj jest autentyczne. W dodatku postaci historyczne albo wydają się papierowe, jak król i jego otoczenie, albo też, jak ksiądz Wawrzyniec - którego życiorys poza pewnymi nieścisłościami jest prawdziwy, łącznie z tym, że zaprojektował i zbudował latającą maszynę, tak barwne, że zupełnie fantastyczne. Postaci fikcyjne, które nie do końca da się potraktować jako "typowych reprezentantów", nawet wzbogacone o rzeczy nadnaturalne, wydają się całkowicie realne. 

Wszystko to przyprawione jest dużą dawką humoru i ironii, jak opisy poczynań rozpasanego i rozwiązłego kleru, ale też sporą dozą zaskakujących refleksji. Saramago, ustami swoich bohaterów, zwraca uwagę, że ani przy stworzeniu ludzi, ani przy wygnaniu ich z Edenu, żaden Bóg ani archanioł nie wręczył im listy, dzielącej prace na męskie i kobiece. Wysnuwa też między innymi zaskakujący wniosek, że skoro ciągle w Biblii mowa o tych, który zasiadają po prawicy Boga, a nie ma nikogo po lewicy - Stwórca musi więc być jednoręki. Jeśli już mowa o filozofiach, religiach i symbolach - pod koniec książki Blimunda przypomina mi boginię Demeter. Może ktoś by pomyślał, że skoro to kobieta martwi się i szuka swojego mężczyzny, to ona jest przedstawiona jako ta słabsza, bo nie może żyć bez niego. Jednak ile trzeba siły i odwagi, by na poszukiwania wyruszyć. Ja w Blimundzie momentami widzę uosobienie jakiejś pierwotnej bogini-matki, powracającej w rozdrobnieniu na różne postaci najpierw w mitach, potem, stłumiona, w żywotach chrześcijańskich świętych i jako ślad tęsknoty za czymś, co ludzkość zapomniała, w bohaterkach popkultury. I myślę, że taka boskość jest w każdej kobiecie - ale w mężczyźnie też. Po prostu uzupełniają się (w mniejszej skali też w różnych aspektach duszy, czy podświadomości jednej osoby) siła mięśni i analitycznego myślenia, z siłą wytrwałości i wiary. 

sobota, 22 października 2011
[34/2011] Gilbert Keith Chesterton "Człowiek, który był Czwartkiem"

Nieoczekiwanie, dosyć cienka (nieco ponad 200 stron) książka okazała się jedną z najbardziej zawiłych, jakie ostatnio czytałam.

Zaczyna się może nie od razu tak, żeby całkowicie się w niej zatracić, ale na pewno zachęcająco. Od szczegółowego, działającego na wyobraźnię opisu londyńskiego przedmieścia początku XX wieku - z jego ulicami i widokami, cechami charakterystycznymi, własnym rytmem życia - dość leniwym i stałym, a nawet z uważanym przez mieszkańców tego przedmieścia za "swojego" poetą. W tym oto mieszczańsko-sielankowym krajobrazie pojawia się człowiek z zewnątrz, jak się okazuje też poeta. Między dżentelmenami wywiązuje się spór - jeden bowiem uważa, że poezja jest z natury anarchistyczna - ma mówić o buncie, zmianach, emocjach. "Obcy" z kolei poeta to piewca ładu, porządki i potęgi rozumu... 

Zaraz, chwileczkę... To miała być przecież książka o szpiegach!

I bardzo szybko taką się staje. Pierwszy z poetów bowiem jest "prawdziwym" anarchistą, a nowy przybysz to tajny agent Scotland Yardu. Używa fortelu, by zająć jego miejsce i wkrótce zasiada w Naczelnej Radzie Anarchistów - którą tworzy siedem groźnych indywiduów, jako pseudonimów używających nazw dni tygodnia, pod wodzą budzącego strach już samym swoim wyglądem Niedzieli. Niedawny poeta, zakamuflowany agent i nowo mianowany Czwartek ma zapobiec krwawym zamachom, rozpracować Radę, zdobyć dowody i doprowadzić do ujęcia, zwłaszcza Niedzieli. Wiedząc już dosyć, nie może jednak zawiadomić swojego przełożonego ani najbliższego posterunku - wiąże go nieopatrznie złożona poecie-anarchiście z przedmieścia obietnica, że kiedy pozna jego sekret, nie wyda go policji. 

Chociaż akcja toczy się w ciągu zaledwie kilku dni, obfituje w sensacyjne wydarzenia. Szpiegowskie intrygi, nielegalne spiski, zwroty akcji i maskarady. Jest nawet honorowy pojedynek na szpady i szaleńczy pościg za dorożką, potem wozem strażackim, następnie słoniem, a na koniec balonem.

To jednak nie wszystko. Kiedy czytelnika wciągnie już tempo sensacyjnej akcji, na końcu okazuje się, że tak naprawdę to książka filozoficzna. Pojawia się symbolika, metafizyczne odniesienia. Szpiegowska farsa zmienia się w przypowieść o stworzeniu świata, porządku i chaosie, przenikaniu się i uzupełnianiu dobra i zła, które bez siebie nie istnieją, odwiecznych konfliktach i poszukiwaniach, czy o tym, że , zupełnie jak w "Fauście" albo "Mistrzu i Małgorzaty" mroczne siły ostatecznie swoimi działaniami wywołują dobre skutki. 

Powieść zostawiła mnie trochę skołowaną, z pytaniami, na których postawienia nie do końca mnie wcześniejszymi rozdziałami przygotowała. Nie wiem, jak "ugryźć" tę filozofię.

Bardziej chyba jednak, niż symboliczny wymiar, spodobał mi się świat na jej kartach przedstawiony. Zgubiony gdzieś po drodze w ciągu ostatnich stu lat historii świat, w którym samochody z zawieszanymi nad maską latarniami przemykają obok konnych powozów, w którym kolej to budzący zachwyt triumf człowieka, a nie wyklekotane wagony wożące zmęczonych pracowników, w którym podróż nawet do sąsiedniego miasta jest wielką wyprawą, w którym dżentelmeni noszą kapelusze i - co najważniejsze ze wszystkiego - za wszelką cenę dotrzymują danego słowa. Chociaż lubię twórczą siłę chaosu, wcale się nie dziwię, że o taki właśnie świat uwielbiający porządek tajny agent postanowił walczyć. 

czwartek, 13 października 2011
[33/2011] "Trzynaście kotów" - antologia

Wielekroć widywałam tę książkę na sklepowych półkach. Zawsze jakoś tak się składało, że akurat kiedy byłam w osobistym finansowym kryzysie. Kiedy wreszcie trafiła w moje ręce, przeceniona w dodatku, mam wrażenie, że jestem chyba ostatnią żyjącą czytelniczką polskiej fantastyki, która jeszcze się z nią nie zapoznała. 

W każdym razie, za to właśnie lubię antologie i w ogóle zbiory opowiadań - że zawsze znajdą się w nich jakieś rzeczy, które bardzo inspirują i do których ma się ochotę wracać. Nawet, gdyby to jedno opowiadanie na dwadzieścia*.

Z tych trzynastu znałam wcześniej obydwa opowiadania Sapkowskiego. Niemniej, przypomniałam sobie z przyjemnością. Po kolei:

Eugeniusz Dębski "Aaa, kotki dwa..." Kot telepata? Latające przedmioty i demoniczne dziecko? Gdybym czytała ten zbiór tuż po jego wydaniu, pewnie sprawiłoby mi to frajdę. Teraz wydaje się jedną z wielu wariacji na temat. 

Jacek Dukaj "Ponieważ kot" - Gdy kiedyś sięgnę po powieści Dukaja, będzie to chyba wspięcie się na czytelnicze szczyty. Na razie boję się, znając np. "Perfekcyjną niedoskonałość" z fragmentów, że nie podołam językowi, światu, całej obcej i hermetycznej strukturze. "Extensa", chyba najłatwiejsza w odbiorze, nie urzekła mnie, nie miałam z kim się tam identyfikować, a pomysły wydały się oryginalnie skompilowane, ale pojedynczo mało odkrywcze. Kusi mnie "Lód" i "Wroniec". Za to lubię Dukaja w opowiadaniach. Te, z którymi się zetknęłam, opierają się zawsze na bardzo oryginalnych pomysłach. Tak jest i w tym przypadku. Do tego rytm narracji i język. Chłopiec bawi się z kotem. Kot jest czarny, ma ślepia jak szmaragdy. Porusza się, jakby ktoś przelewał z miejsca na miejsce płynną ciemność.

Włodzimierz Kalicki "Kot typu Stealth" - Jest jakiś tam niebanalny pomysł, jest w zasadzie groteska. Jest tytułowy kot. I w zasadzie to by było na tyle.

Andrzej Sapkowski "Złote popołudnie" - Tak jest, oczywiście z Lewisa Carrolla. Kraina Czarów (czy też, teraz nabrałam pewności, archaicznie brzmiące tłumaczenie Kraina Dziwów było o wiele trafniejsze) to wdzięczny temat, ale też mocno wyeksploatowany. Świeżość nadaje mu perspektywa - nie przybysza z zewnątrz, ale mieszkańca krainy. Sporo humoru, nawiązania stylistyczne do "Alicji...". I o kotach całkiem mądrze. Magicznie, tajemniczo - tak, że da się uwierzyć, że koty mają coś z innego świata naprawdę. 

Ewa Białołęcka "Usta Boga" - Dzikie dziecko znalezione w lesie, wychowujące się z wielkim kotem, według objawień kapłana ma być wcieleniem bogini. Nie wiadomo, czy świat przedstawiony to jakaś inna planeta, świat alternatywny, czy po prostu uniwersum baśniowe. Przejrzyście nakreślone potrzebne tej krótkiej fabule elementy świata, zaskakujące puenty i kot będący sobie od niechcenia kwintesencją kotowatości, w swoim zachowaniu. Klimatem przypomina "Tkacza Iluzji". I pomimo, że nieźle się czyta, jakoś nie zapadło mi w pamięć. Musiałam zerknąć, o czym to było. 

Andrzej Zimniak "Rozpakuj ten świat, Evitt" - krótka historyjka, oparta na prostym koncepcie, który ujawnia się na końcu. Znów prawda o kociej naturze, choć kot przez całe opowiadanie pozostaje niezauważony. Aż do ostatniego zdania. 

Piotr Goraj "Ale kyno!" - w podtytule ma: "bajka deliryczno-depresyjna". Taki tam eksperyment w zasadzie. Trochę zabawy językiem potocznym. Nawet dużo.

Konrad Lewandowski "Rydwan bogini Freyi" - Spośród autorów, których nie znałam, zdecydowanie spodobało mi się najbardziej. Nie podoba mi się, jakby to ująć, moralna konstrukcja głównego bohatera. Za to bardzo mi przypadła do gustu nakreślona w opowiadaniu historia myśli filozoficznej XXI wieku - której to tenże bohater, autor książki o metafizyce jest "gwiazdą". Nie mniej podoba mi się koncepcja "wirów poznawalności" w których realności nabiera, pod wpływem dokonanych wyborów, jeden  z wariantów alternatywnych rzeczywistości. A koty, jakże by inaczej, wyczuwają te wiry i potrafią się w nich sprawnie poruszać. Mechanizm ucieczki i polowania, na wypadek, gdyby pazury okazały się niewystarczające.

Marcin Wolski "Worek" - humorystyczny moralitet, bym powiedziała. Krótki i raczej niezbyt poważny.

 Maciej Żerdziński "Źrenice" - przerażające, bardzo zawiłe. 

Tomasz Kołodziejczak "Dotyk pamięci" - ma to jak najbardziej sens, jako wizja religijnego społeczeństwa kastowego. Autor się napracował, by to wszystko skonstruować i uzasadnić. Pretekstem do przedstawienia takiego świata była historia miłosna, w zasadzie banalna. Denerwuje mnie, że kot to w zasadzie zbędny, jakby doklejony na siłę, by dało się umieścić w kociej antologii.

Iwona Żółtowska "Marobet" - już w samej nazwie/imieniu Pani Kotów można się zakochać. Całość nie wryła mi się głęboko w głowę, czy serce, ale sympatyczne opowiadanko. 

Andrzej Sapkowski "Muzykanci" - W opowiadaniach o wiedźminie wywrócił na lewą stronę popularne baśnie. Tym razem wziął na warsztat opowiastkę o "Czterech muzykantach z Bremy". Od pierwszych słów wszystko jest intensywne, plastyczne, niesamowite. W ogóle cóż to za koncepcja! Ludzie coraz częściej męczą zwierzęta, ich krzyki przywołują coś bardzo strasznego z jakiegoś ukrytego wymiaru, zza Zasłony. I dlatego własnie zwierzęta - muzykanci - swoją melodią zasłonę łatają, nim stanie się najgorsze. By uchronić tych samych ludzi. Kiedy zdaję sobie sprawę, jakie to nielogiczne, pojawiają się myśli o poświęceniu, bezinteresowności, lojalności, obowiązku i o tym, kto jest tak naprawdę na tym świecie największą bestią. Trochę może i banalne. Za to miałam ciarki na plecach i miałam ochotę płakać ze złości. Mimo, że nie czytałam po raz pierwszy. I teraz piszą te słowa myślę sobie, czy to na pewno w porządku, że ktoś umie słowem pisanym wywołać takie emocje. Przecież wszystko, co da się wykorzystać, mógłby ktoś też wykorzystać w zły sposób. To opowiadanie cholernie zostaje w pamięci. 

 

* - Liczący jakieś 700 stron zbiór Stephena Kinga trzymam dla jednego tylko opowiadania, które jest napisane z dziecięcej perspektywy, co lubię, i na dodatek rodzeństwo nazywa się Bradbury. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5



Wymyśliłam tego bloga, by zmotywować się do spędzania czasu produktywnie, zamiast przeglądać zbyt często pierdoły w sieci. W ładniejszych słowach o idei tutaj.

kontakt:
izabela-anna@o2.pl